Moje chodzenie z Panem zaczęło się w listopadzie 2000 r. I chociaż zawsze wierzyłam w Boga, modliłam się tak, jak mnie nauczyła mama i kościół katolicki, to jednak muszę powiedzieć, że będąc raz na jakiś czas, od wielkiego święta, w kościele, nie rozumiałam, co się czyta czy mówi z Pisma Świętego. Były to rzeczy dla mnie zakryte i tak naprawdę nigdy nie czytałam Biblii (mimo że Nowy Testament był w domu na półce).

Poznałam Pana dzięki córce, która w poszukiwaniu miłości trafiła do kościoła, w którym dokonała się jej przemiana. Ja, jako matka, poszłam sprawdzić, co ją tak zmienia z każdą wizytą tam. A ponieważ bałam się, by nie trafiła do jakiejś sekty, więc którejś niedzieli poszłam z nią na nabożeństwo. I tam sama zobaczyłam, że jest to wspólnota chrześcijańska. Akurat w tym dniu miał nauczanie jeden z liderów ówczesnej Młodzieżówki (dzisiaj szanowany ojciec rodziny) i mówił o ziarnie rzuconym w glebę. I tak jak rolnik musi przygotować swoją ziemię i ją uprawiać, aby mógł zebrać plon, tak i my musimy przygotować swoje serce na przyjęcie Jezusa nie tylko w słowach, ale również w czynach.

W tamtym czasie jeszcze wielu słów nie rozumiałam i kojarzyłam je raczej z Robinsonem Cruzoe, którego historię na pewno wszyscy znamy. Jak i on zaczynał karczować swój kawałek ziemi, aby posiać najpierw 3 ziarna pszenicy znalezione w kieszeni, które wydały plon w postaci kłosów i zamiast je spożyć, posiał i plon się zwielokrotnił. Tak samo jest z nami, ludźmi. Jak siejemy, tak zbieramy.

Najważniejszy jednak dla mnie wówczas (ale i dziś) był sen, który miałam w noc przed umówionym spotkaniem w kościele. Otóż śniło mi się, że staję na rozdrożu o zmroku i muszę wybrać, którą ze ścieżek pójść. Jedna była na początku z piękną bramą unoszącą się w górę i po przekroczeniu progu ukazał się cały blichtr. Droga była szeroka, jasno oświetlona, pełna zabaw i wszelakich uciech. W pierwszej chwili chciałam tam wejść i już jedną nogą przekroczyłam próg tej drogi, ale szybko się wycofałam i zawróciłam. Drugą drogą właściwie była ścieżka: wąska, kręta, pod górę, ale spokojna. Brama do niej prowadząca była bardzo skromna nie rzucała się w oczy, była mało zauważalna,bez żadnych wystawnych zdobień. I zdecydowałam się pójść tą wąską ścieżynką przez tę skromną bramę, a właściwie wąskie drzwi. I wtedy usłyszałam głos „Witamy w naszym pokornym świecie”. Zdziwiłam się, ale szłam dalej, nie wiedząc, co mnie jeszcze spotka na tej drodze.

Jadąc z córką już po moim nawróceniu, na moje pierwsze nabożeństwo, opowiedziałam jej ten sen. Wówczas córka już była bardziej doświadczona w kontaktach z Panem i stwierdziła „Dobrze zrobiłaś, mama. Zobaczysz, nie będziesz żałować.”

I wiecie co? Na dzień dzisiejszy, czyli po jakimś czasie chodzenia z Panem, NIE ŻAŁUJĘ, że wybrałam tę wąską, nieraz krętą, pod górkę, bez zbędnych świateł, ścieżkę, w której cały czas jestem i czuję się jak w podróży. I każdy zdobyty nawet najmniejszy szczyt powoduje wewnętrzną wdzięczność do Pana Boga, Jego Syna Jezusa i Ducha Świętego, za okazaną pomoc w zdobyciu i pokonaniu go. I nieraz zostaję powstrzymana przez Duch Świętego, aby coś przemyśleć, zastanowić się nad tym, co robię, ale wiem, że to tylko dzięki pomocy Ducha Świętego moje kroki prowadzą mnie bliżej ku naszemu Ojcu w niebie.

Roma z Wrocławia