Świadectwo

Bóg daje nam marzenia i możliwości ich spełnienia. Trzeba się odważyć i zaufać Jemu a często cierpliwie czekać aż przyjdzie właściwy czas ich realizacji.

26 lat temu byliśmy z żoną i małymi dziećmi Fiatem 126p na północy Norwegii. Spaliśmy w namiocie nad brzegiem fiordu. Rankiem ukazał się nam cudowny widok: ciemno niebieskie niebo odbijało się z wodzie fiordu a za nim na horyzoncie oświetlony słońcem postrzępiony łańcuch ostrych szczytów. To były Lofoty – jedne z najpiękniejszych wysp świata. Tak chciałem tam pojechać ale wtedy było to już dla nas za daleko i za drogo. Po 24 latach Bóg mi to przypomniał. Namówiłem żonę i odważyliśmy się pojechać, choć to prawie 3000 km, a my już nie tacy młodzi. Dobry Bóg to wszystko doskonale zaplanował, przygotowania zajęły nam parę dni i za niewielkie pieniądze udało się zrealizować marzenia. Sprawił na te dni cudowną pogodę a podróż przebiegła bez żadnych problemów. Oglądaliśmy Boże dzieła w pełnym słońcu i wychwalaliśmy Jego wielkość i majestat w tej cudownej przyrodzie Północy. Tam włożył nam w serca kolejne marzenie – zobaczyć zorzę polarną. Wydawało mi się to nierealne – zimą w Norwegii ?, to pewnie strasznie drogie i trudne. Nie minęło 2 lata a Bóg tak to wszystko poukładał, że byliśmy jeszcze dalej na północ w środku zimy. Całość, wraz z wypożyczeniem samochodu kosztowała nas niewiele więcej niż wczasy w Polsce. Pomimo akurat nienajlepszej pogody mogliśmy podziwiać tak spektakularne zjawisko jakim jest zorza polarna. Tam Bóg przygotował jeszcze jedną niespodziankę – nad brzegiem fiordu pod falującymi kolorowymi rozbłyskami na niebie były zaręczyny naszej starszej córki Beaty. Bóg dał nam wspaniałego zięcia o którego modliliśmy się kilka lat. Bóg jest cudowny!

Kilkanaście lat temu miałem pragnienie wejścia na Mont Blanc. Wtedy nie był to jednak właściwy czas,  bo nie udało mi się zorganizować wyjazdu. W końcu zrezygnowałem uznając, że już jestem na to za stary. W zeszłym roku rozmawiałem o tym z moja młodszą córką Agatą a ona to podchwyciła. Na moje 60-te urodziny wręczyła mi zaproszenie na wyprawę. Pomyślałem – dziecko, w moim wieku na taką górę? Ja, któremu czasem ciężko jest wyjść na V piętro dam radę tak wysoko? W zeszłym roku podczas wędrówki przez Pireneje po paru dniach wysiadły mi nogi i z trudem dokończyłem trasę a potem przez miesiąc dochodziłem do siebie. A teraz jestem o rok straszy. Nie myślałem o tym poważnie, nie było to dla mnie realne. Ale Agata zaczęła organizować wyjazd, namówiła znajomych i zachęcała: spróbuj, nawet jak nie wejdziesz to przynajmniej zobaczysz jak tam jest. Mieliśmy jechać w sierpniu ale z różnych powodów nie wyszło. Nawet w duchu się cieszyłem, bo bałem się tego wyjazdu – nie dam rady a inni będą mieć ze mną kłopot. Termin został przesunięty na koniec września. Czas dobry, bo tu już po sezonie i ludzi mniej, śniegu też niewiele. Ale trochę ryzykowny bo z pogodą może wtedy być różnie, nawet postanowiliśmy że jak będzie źle to po prostu nie pojedziemy. Akurat były 3 miejsca na 1 noc w podszczytowym schronisku Gouther.  Dobry Bóg wiedział co robi. Wszystko tak dokładnie zaplanował, że nawet każda niedogodność miała określony cel.

W sierpniu pojechałem z Agatą i jej koleżanką w góry na pograniczu Czarnogóry, Albanii i Kosowa. Trudne góry, podejścia i zejścia nawet po 1000 m dziennie i to z ciężkim plecakiem. Chciałem się sprawdzić czy dam radę i jak się dogadam z młodszym towarzystwem. I dałem radę! Mont Blanc nabrał realnych kształtów.

Przed wyjazdem śledziłem prognozy pogody. Cały wrzesień w Alpach był ciepły i słoneczny ale w dniu wyjazdu miało przyjść załamanie pogody ze znacznym ochłodzeniem. Wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Jednak w miarę przybliżania się terminu prognozy były lepsze – załamanie pogody miało być krótsze, no ale co ze śniegiem który miał spaść?

Podróż upłynęła nam w przelotnym deszczu i silnym wietrze. W Alpach było lepiej, bardzo ciepło ale to właśnie w nocy tutaj miało być główne załamanie pogody. Na miejscu okazało, się że spóźniliśmy się  na ostatnią kolejkę w góry, bo wszystko już zamykają po sezonie. Trzeba było iść z samego dołu z Chamonix. I dobrze bo w nocy była burza, którą musielibyśmy przeżyć pod namiotami w górach a tak to spaliśmy pod dachem i mogliśmy wszystko suche spakować do plecaków. Rano było tylko 8 st, niskie chmury i mżawka. Jak tu wyruszać w góry w taką pogodę? Ale prognozy były dobre. Byłem przekonany, że wyżej, nawet już od 2000 mnpm mogło spaść nawet 25 cm śniegu. Gdy w południe zaczęło się nieco przejaśniać ze zdumieniem stwierdziłem, że u góry świeci słońce a na szczytach jest bardzo mało nowego śniegu. Dobry Bóg tak to zaplanował, że na te 2 dni ciężkiego podejścia było chłodno i bez słońca. Nawet byłem trochę zły, że  niewiele widać a dookoła takie piękne góry. Później, gdy już wracaliśmy w pełnym słońcu widziałem zmęczone i spocone twarze tych którzy szli do góry to zrozumiałem, że było to po to aby było nam łatwiej podchodzić a deszcz i wyżej niewielki śnieg, który szybko stopniał dał nam wodę do picia. A parę dni później strumyczków już nie było! Widoki i tak mieliśmy na zejściu. Przynajmniej nie widzieliśmy jak bardzo wysoko musieliśmy wychodzić. Czy Bóg nie jest cudownym zaopatrzycielem?

Po 2 dniach zrobiło się słonecznie i ciepło. Powietrze było tak suche, że nawet rosy nie mieliśmy na namiotach abyśmy nie musieli zwijać ich mokrych. Bóg to wszystko tak wspaniale zaplanował!

Nocleg w schronisku był trudny. Wysokość 3817 mnpm dawała się we znaki. Miałem mocno przyspieszony puls, prawie nie spałem, inni posapywali, pochrapywali a ja nic. Agata też nie mogła spać. Zastanawiałem się jak ja dam radę wyjść jeszcze prawie 1000 m, skoro po wejściu na półpiętro już miałem zadyszkę? Ale to Bóg daje siłę i mi ją dał!

            Na atak szczytowy Bóg przygotował najwspanialszą pogodę jaka mogła być: bezchmurne niebo, dosyć ciepło i zupełnie bezwietrznie. Powietrze było tak przejrzyste, że widać było na ponad 200 km. Gdy wyszliśmy ze schroniska przed świtem księżyc oświetlał nam drogę, śnieg był twardy. Warunki idealne. Ostatnie kilkaset metrów były trudne.  Rozrzedzone powietrze mocno dawało się we znaki. Tam ciśnienie jest prawie 2-krotnie niższe niż na poziomie morza. Bolała mnie głowa, czułem się niedobrze na żołądku, reszta tez nie bardzo się czuła  ale z Bożą pomocą wszyscy weszliśmy.


Oddaliśmy chwałę Bogu, kilkanaście zdjęć i szybko trzeba było schodzić bo czas nas poganiał, a przed nami 1750 m w dół. Na końcówce zejścia trzeba było przejść tzw. Kuluar Śmierci. Jest to żleb o szerokości niecałe 100 m, którym bardzo często spadają kamienie, stąd ta zwyczajowa nazwa. Zdarzają się wypadki śmiertelne. O ile te płaskie toczą się na tyle powoli, że je wcześniej słychać to potrafią się oberwać bloki wielkości biurka ze ściany bocznej i te spadają z ogromną prędkością odbijając się jak piłka i są w ogóle nieprzewidywalne. Gdy dochodziliśmy do żlebu o zachodzie słońca co chwilę coś w mim leciało. Modliłem się aby Pan posłał aniołów żeby trzymali kamienie na ten czas. Wraz z ostatnimi promieniami słońca wszystko ucichło i mogliśmy bezpiecznie przejść. Jeszcze przed zmrokiem doszliśmy do namiotów. Bóg jest wielki!

W drodze na szczyt parę razy mijał nas mężczyzna około 50 lat w czerwonej kurtce z czekanem w ręku i rakach na butach ale bez plecaka. Tak nikt tam nie chodzi. Wszyscy maja plecaki, a w nim picie, jedzenie, dodatkowe ubrania. W ogóle się nie odzywał, co też jest dziwne, bo każdy chociaż wyda krótkie „hej”. A ten nic, tylko popatrzył. Szedł z drugą częścią naszej ekipy od pola namiotowego przy niższym schronisku Tete Rosuue. Potem wyprzedził ich i minął nas, widzieliśmy go jeszcze jak schodził już ze szczytu. Nie zwróciłem zbytnio uwagi na niego ale jestem przekonany, że to Bóg posłał anioła aby ich dopilnował na trudnym odcinku skalnym gdy szli jeszcze nocą oraz przygotował nam bezpieczną drogę.

Na powrót także mieliśmy śliczną pogodę ze wspaniałymi widokami, najpierw na zejściu a potem z samochodu gdy jechaliśmy przez Alpy wzdłuż Szwajcarii. 2 dni później w Alpach spadło dużo śniegu i to już na niewysokich przełęczach.

 

Bóg jest wspaniały, Ojciec rozdaje niesamowite prezenty, tak jak ten na moje 60-te urodziny. Jestem ogromnie za to Jemu wdzięczny.

Oddajmy Mu chwałę.

Witek

(zdjęcia z prywatnej kolekcji Witka)